ZASTĘPSTWA

WAŻNE INFORMACJE

CERTYFIKATY


 




 

Opowiadanie historyczne - Natalia Kossowska z kl. II F

Praca nagrodzona w konkursie literackim na opowiadanie historyczne „Bądź lepszy od Henryka Sienkiewicza!” zorganizowanym przez Szkolne Multimedialne Centrum Dydaktyczno-Biblioteczne Zespołu Szkół w Dobrzeniu Wielkim – I miejsce

Natalia Kossowska


Sierpniowe spotkanie pod Richmond

 

- Pora wstawać, panienko!
Victoria rozsunęła ciężkie zasłony. Przez okna wdarło się do pokoju oślepiające sierpniowe słońce.
- Dlaczego panienka ma skwaszoną minę? Nie przeleży panienka tak pięknego dnia w łóżku!
Prychnęłam i schowałam głowę pod poduszkę.
Zaczęła się ze mnie śmiać, jak zwykle. Wie, że jestem strasznym śpiochem, a mimo to zawsze budzi mnie o pół godziny za wcześnie.
- To ja lepiej pójdę zrobić śniadanie. Niech panienka ubierze sukienkę, którą przygotowałam. Leży przy toaletce na krześle. Wie panienka, jak ciężko dostać dobry materiał w tych czasach? Na pewno się panience spodoba - dodała z uśmiechem na twarzy.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, co Victoria powiedziała. Nowa sukienka? Konflikt pomiędzy Unią a Konfederacją trwa już ponad rok, a plantacja ojca słabnie z miesiąca na miesiąc, co wiąże się z mniejszymi dochodami. Boję się nawet myśleć, co się stanie, jeśli Północ wygra..., chociaż nawet bym się z tego cieszyła. Dla mojej rodziny to nóż w plecy, lecz ja nienawidzę niewolnictwa. Uważam, że każdy człowiek ma prawo do wolności. Cieszę się, że do władzy doszedł Abraham Lincoln. Niestety, mój ojciec martwi się tylko o swoją ziemię oraz pieniądze, nie o życie innych. Gdyby dowiedział się o moich poglądach politycznych, to by mnie wyrzucił z domu i wydziedziczył.
- A kto dziś zagości w naszych skromnych progach, żebym to ja musiała się tak ładnie ubrać? -zapytałam.
- Ojciec dostał jakiś list, Kathleen. Zaniepokoił się od razu i kazał wysprzątać cały dom oraz uszyć panience i paniczowi Braxtonowi nowe stroje - odpowiedziała Victoria poruszonym głosem.
Spojrzałam się na nią z wielką obawą wymalowaną na twarzy. Jeżeli ojciec każe wysprzątać dom oraz uszyć nowe ubrania, to musi dziać się coś złego. Mam nadzieję, że nie będą to konfederaci, bo matka oszaleje.
- A wie panienka, co jest najdziwniejsze w tym wszystkim? Że ani mnie, ani nawet pańskiej matce nic nie powiedział! Ja rozumiem, że to bardzo ważne, ale zawsze mi o wszystkim mówił! O tym, jak minął mu dzień na plantacji, jak idą interesy..., wszystko po prostu wszystko!
Popatrzyłam na nią. Miała na sobie swój śnieżnobiały fartuszek. Uprasowany, lecz z malutką plamą po węglu. Spod niego wyglądała granatowa sukienka. Rudawe włosy splotła w warkocz.
Wyglądała naprawdę ładnie.
- Pięknie dziś wyglądasz - powiedziałam.
Popatrzyła się na mnie zawstydzona, a po chwili na jej twarzy zagościł uśmiech.
- Panience nie wypada tak o mnie mówić! Niech panienka się naszykuje, bo za kwadrans wszyscy będą przy stole.
Victoria wyszła z pokoju i trzasnęła drzwiami, a ja powoli wygramoliłam się z wielkiego łoża. Podeszłam do toaletki i ujrzałam wrzosową suknię. Była długa i rozłożysta od bioder w dół. Miała krótki rękawek i dekolt w literę V. Prawa strona gorsetu nachodziła na lewą, tworząc kształt serca. Nie dziwię się, że matka Victorii, Francess, miała problem, żeby znaleźć bawełnianą satynę. Teraz, podczas wojny, praktycznie nie ma nic w sklepach. Victoria wie, jak bardzo lubię ten materiał. Potrafiłam jej godzinami opowiadać, jeszcze za czasów pokoju, jakie piękne stroje widziałam u kobiet z owej tkaniny.
Ubrałam się i nie mogłam oderwać od siebie oczu. Wpatrywałam się w lustro co najmniej dziesięć minut. Suknia świetnie na mnie leżała i w świetle słońca mieniła się jak brylanty. Z mojej twarzy nie schodził uśmiech. Po chwili rozczesałam czarne, gęste włosy grzebieniem, splotłam je
w gładki kok i włożyłam trzy świeże liście laurowe we fryzurę.
Nagle usłyszałam skrzypienie podłogi.
- Jesteś, Anno? - zawołała Victoria zza drzwi.
- Tak, jestem. Czy coś się stało? - zapytałam.
- Możesz już zejść? Wszyscy się niecierpliwą - powiedziała zdenerwowana.
- Dobrze, daj mi jeszcze chwilę.

Czytaj więcej: Opowiadanie historyczne - Natalia Kossowska z kl. II F

Opowiadanie historyczne - Julia Piotrowska z kl. III A

Julia Piotrowska
Publiczne Gimnazjum nr 7 w Opolu

Czarno-biała fotografia…


Dochodziła godzina trzynasta niedzielnego popołudnia, a ja przygotowywałam obiad dla moich wnucząt, gdyż w zwykle odwiedzali mnie tego dnia. Myślę, że to nigdy nie stanie się dla mnie uciążliwe, ponieważ patrzenie na nich i na to, jak poznają świat, jest dla mnie w tym momencie jednym z najlepszym istniejących widoków. Można nawet powiedzieć, że z niecierpliwością czekałam na każdą z niedziel, chcąc jak najszybciej zobaczyć osoby, które uczyniły mój świat bardziej radosnym. Jednak niezwyczajne było to, że w tej chwili obok mnie brakowało małego chłopca, opowiadającego o swoich ocenach, które dostał w szkole, traktując je jako najważniejszą rzecz w swoim życiu, jednocześnie plącząc się pod moimi nogami oraz nieco starszej od niego dziewczyny, która lubiła przedrzeźniać swojego młodszego brata.

Nakryłam do stołu i udałam się w poszukiwaniu wnuków, po których ślad zaginął. Powolnym krokiem przedostałam się z kuchni do salonu, jednak tam ich nie było. Byłam nieco zaniepokojona zachowaniem dzieci, ponieważ nigdy nie robili mi żartów, zdając sobie sprawę z tego, że już mam coraz mniej siły i energii. Wyszłam na korytarz w celu znalezienia jakichkolwiek oznak, że moje wnuki gdzieś tutaj się znajdują i jedyne, co zwróciło moją uwagę, to głosy dobiegające z góry, a dokładnie ze strychu, na który prowadziły strome schody. Dziwne było dla mnie to, że dzieci mogą przesiadywać w takim miejscu, gdzie nie ma nic interesującego i na dodatek roi się tam od kurzu. Łapiąc się poręczy, z trudem zaczęłam wchodzić, co zajęło mi dłuższą chwilę, gdyż coraz częściej doskwierał mi ból kolan. Używając całej siły, w końcu dotarłam na strych. Moim oczom ukazały się wnuczęta siedzące na podłodze i trzymające przed sobą album ze zdjęciami. Zawsze dbałam o to, by był starannie schowany... Dostrzegłam, że wnuk trzymał w dłoni jedno z moich ulubionych zdjęć, które zawsze będzie przywracało najmilsze wspomnienia i sprawiało, że czułam się dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy zostało robione. Na fotografii widniała zakochana para, która cieszyła się beztroskim i szczęśliwym życiem. Wówczas miałam wrażenie, że to, co posiadałam w tamtej chwili, będzie trwać wiecznie. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co może nastąpić i jak duży wpływ wywrze to na całe moje życie, rujnując wszelkie plany i marzenia. Wszystko pamiętałam, jakby to było wczoraj. Czasami mam wrażenie, to był jeden ze snów, które często miewałam, a związane były z zaistniałymi wydarzeniami...

Moja wnuczka, Alicja, podsunęła mi taboret, abym mogła usiąść razem z nimi.
- Babciu, przecież to nie jest dziadek - powiedział chłopiec, wyglądając na niezadowolonego i obrócił zdjęcie na drugą stronę, dostrzegając widniejący napis.
- Tu jest napisane...
- 1 września 1939 roku - dokończyłam za niego, tym samym przyciągając jeszcze bardziej ich uwagę.
- Opowiesz nam? - zapytała Alicja, biorąc do dłoni wspomniane zdjęcie, uważnie przyglądając się postaciom na czarno-białej fotografii.
Wcześniej nie zdarzyło mi się wspominać o tym, co było związane z wojną i okupacją, bo uważałam, że nie warto było do tego wracać, ponieważ tamten czas był czymś niemożliwie trudnym oraz niosącym ze sobą wiele wyzwań, którym musieliśmy stawić czoła. Wiązał się z wykazaniem odwagi oraz tym, aby wybrać co dla nas było najważniejsze. W naszym życiu zaistniało pasmo udręki, nieszczęść, także nieustająca walka o naród i ojczyznę, którą mogliśmy tak łatwo stracić. Schyliłam się, aby podnieść album i móc przyjrzeć się zdjęciom.
- Byłam w twoim wieku, gdy ta fotografia została zrobiona. Młoda, szczęśliwa dziewczyna mająca zupełnie inne wartości w życiu niż reszta społeczeństwa. W tamtych czasach wielu ludzi miało ustalony cel w życiu, do którego zawzięcie dążyli. Byli bogaci i wywodzili się z majętnych rodzin, szczycąc się tym. Głęboko wierzyli, że każdy z ich poglądów jest słuszny. Byłam inna... Nic nie było dla mnie w stu procentach pewne, zawsze potrafiłam znaleźć jakieś „ale” lub „gdyby”, zdając sobie sprawę, że jest tyle rzeczy do odkrycia, tyle niezadanych pytań i braku odpowiedzi na nie. Inni nie rozumieli mnie. Odmienność zawsze była czymś dziwnym i ludzie starali się jej unikać. Jednak na swojej drodze spotkałam kogoś, kto chciał razem ze mną kierować się w nieznane, zdobywać nowe doświadczenia i cieszyć się każdą chwilą. Osobę mądrą, wszechstronną, o niezwykłym poczuciu humoru, do tego cechującą się odwagą i odpowiedzialnością. Janek był moim wsparciem i czuł, że musi cały czas się mną opiekować, czego często nie rozumiałam. On jednak był nieugięty.

Czytaj więcej: Opowiadanie historyczne - Julia Piotrowska z kl. III A

Opowiadanie historyczne - Anna Gondecka z kl. III A

Anna Gondecka
Publiczne Gimnazjum nr 7 w Opolu

Zawikłane dzieje Jagiellonów


Na leśnej polanie wśród tysiącletnich dębów i strzelistych jodeł, w blasku księżyca, majaczyły osnute cieniem konarów nieliczne rycerskie postacie, zamarłe w bezruchu, jakby uśpione. W pobliżu stało kilka przywiązanych do pni koni. Ani ruch, ani najmniejszy nawet szmer nie zdradzały ludzi, którzy szukali w tym puszczańskim gąszczu schronienia przed grożącym im niebezpieczeństwem. Nie rozpalono ognia, nie ściągnięto z koni uprzęży. Można się było domyślić, że zachowano stałą gotowość do natychmiastowego wymarszu, a ten krótki odpoczynek miał przywrócić siły ludziom i zwierzętom wyczerpanym daleką drogą, którą musieli pokonać szybko i skrycie. Na czyste dotąd niebo wypełzły zza horyzontu szare chmury. Po chwili zniknęła za nimi tarcza księżyca, a stary bór okryła ciemność.
Z najwyższym trudem można było zauważyć, że jeden z rycerzy, poprawiwszy swój wojenny rynsztunek, dosiadł konia i wolnym stepem ruszył w dół leśnego wzgórza, u którego stóp wił się potok. Jego korytem można było dotrzeć do osady drwali, odległej o ponad dwie godziny drogi od miejsca wybranego na odpoczynek przez grupę rycerzy.
Było już dobrze po północy, gdy samotny jeździec dotarł do zabudowań osady. Zsiadł z konia i prowadząc go za uzdę, podszedł do jednej z chat, przyłożył ucho do ściany i chwilę nasłuchiwał. Wreszcie zakołatał rękojeścią miecza w sosnowe drzwi. - Jest tam kto? - odpowiedziało głuche milczenie. - Otwórzcie bez obawy. Klnę się na Boga, że krzywda wam się nie stanie.
I znów cisza. Jednakże po chwili rozwarły się dębowe drzwi i w progu stanął rosły mężczyzna przepasany rzemieniem, z toporem luźno zwisającym w dłoni.
- Ktoś ty i czego chcesz po nocy ? Rycerz rzucił na ziemię miecz na znak pokojowych zamiarów i oznajmił przyczyny, które go tu sprowadziły. - W borze ukrywa się ścigany przez Krzyżaków wielki książę litewski - Jagiełło. Zwiedzieli się, że jedzie do Krakowa spotkać się z królową Jadwigą. Nie chcą dopuścić do ich zaślubin. Dążą do tego, aby Wilhelm Habsburg ożenił się z królową. Książę ma gorączkę i dreszcze, majaczy. Są dwa dni bez jadła. Obawiają się, że niebawem może zjawić się w tej okolicy nieprzyjacielski pościg. Potrzebny jest więc choćby skromny posiłek i pewna kryjówka, do czasu aż książę wydobrzeje. Z twarzy drwala można było odgadnąć, że słowa nie trafiają w próżnię i że chętnie pomoże księciu. Dalsza rozmowa odbywała się już w chacie, gdzie obmyślono plan działania. Oddział z lasu przybędzie do osady, posili się i ruszy w dalszą drogę, nie starając się zbytnio ukrywać, aby zmylić krzyżacki pościg. Książę zaś zostanie tu, pod opieką miejscowych ludzi.
W pobliżu osady są ukryte podziemne groty, to w nich w razie niebezpieczeństwa można będzie ukryć księcia, aby przeczekał, aż Krzyżacy opuszczą okolicę. Nim świt rozjaśnił wierzchołki jodeł, oddział rycerzy po sutym posiłku wyruszył na południe, ale bez księcia, który mimo obaw rycerzy, zaufał prostym ludziom i pozostał wśród nich.
Następnego dnia, a było to zimą 1386 roku, Gniewko, bo tak na imię miał drwal, wyruszył w trudno dostępne bagna w poszukiwaniu rzadkiego i pięknie kwitnącego ziela. Wiele się natrudził, ale po kilku dniach wrócił do chaty ze zdobyczą i kazał żonie opiekującej się księciem zaparzyć wywaru i zrobić lekarstwo. Po tygodniu zażywania mikstury Jagiełło wydobrzał. Minęło też pierwsze niebezpieczeństwo i książę postanowił zrezygnować z gościny w leśnej osadzie. Książę Jagiełło przyzwał do siebie swych wiernych towarzyszy i nie zwlekając, ruszył z nimi konno na południe. Przedtem jednak przywołał do siebie Gniewka i rzekł:
- Uratowałeś mi życie. Jedź ze mną, a w Krakowie na dworze pasuję cię na rycerza i nadam przywileje szlacheckie, a połowica twoja będzie dwórką u mojej przyszłej żony. - Miłościwy panie, nie uczyniłem nic tobie dla zaszczytów, a jeno dla twej dobroci, bo my, prości ludzie, uważamy, że Polska za twego panowania urośnie w siłę. Skoro jednak chcesz, pojadę za tobą wszędzie i będę wiernie służył.
W drodze do Krakowa wielka burza srożyła się dookoła orszaku. W potokach płynącej z niebios wody, w zimnym świetle trzaskających piorunów rozlegały się zewsząd jęki ludności, raz po raz dobiegały gardłowe okrzyki Krzyżaków gromionych przez cwałujące
w gwałtownym pościgu chorągwie polskie. Wśród szalejącej przyrody, w cichej, ustronnej zamkowej komnacie, czekała na oblubieńca Jadwiga. Ofka, żona Gniewka, od razu przypadła do serca królowej. Ujęła ją swą prostotą, szczerością i wrodzoną inteligencją. Władczyni lubiła towarzystwo świeżo upieczonej szlachcianki i często przywoływała ją do siebie na długie rozmowy.
Połowica Gniewka była zaskoczona, że królowa - prawie dwunastoletnie dziecko, jest niezwykle dojrzała emocjonalnie i mądra. A jednak Jadwiga, pozostając pod wpływem przeciwników Jagiełły, bała się go, odczuwała niepokój i obawę przed spotkaniem. Ofka postanowiła porozmawiać z królową na temat wielkiego księcia.
- Miłościwa pani, wiem, iż zwolennicy Wilhelma z Wiednia i Malborka mówią
o najjaśniejszym księciu okrutne rzeczy, że to „pogański pies”, a prawda jest taka, że bije od niego energia i spokojna siła. Jest mądry - chociaż nie umie czytać, mało wykształcony - a ma iście królewskie dostojeństwo połączone z ujmującą prostotą. Jest niezwykle inteligentny i dobry, bo mógł jak każdy pan obdarować nas dukatami i pojechać w swoją stronę. Miłościwy pan jednak odwdzięczył się nam za opiekę stokroć lepiej, jak najjaśniejszej Pani już wiadomo.
- Dziękuję ci, Ofko. Przekonałaś mnie do Wielkiego Księcia. Teraz już nie mam obaw i poślubię Jagiełłę.

Czytaj więcej: Opowiadanie historyczne - Anna Gondecka z kl. III A